{text-align: center;}

sobota, 25 marca 2017

„Najpiękniejszy uśmiech ma ten, kto wiele wycierpiał”

Podczas pobytu w szpitalu odzyskałam nadzieję, nadzieję na życie z mniejszym bólem. Mogłam przeżyć dobę bez opioidowych leków przeciwbólowych, wystarczył tylko Ketonal. Rozpoczęłam terapię u pani psycholog. Na początku września pojechałam na wakacje do Kołobrzegu, gdzie spędziłam czas z przyjaciółką i Jej rodziną. Wszystko zaczęło się dobrze układać. 
Po powrocie z Kołobrzegu rozpoczęłam rehabilitację. Niestety, to była zła decyzja. Rehabilitacja nasiliła ból, opuchliznę i zasinienie. Nie poprawiła sprawności ręki. Z każdym kolejnym ćwiczeniem ból narastał. Pani doktor zaczęła poddawać w wątpliwość trafność postawionej diagnozy. Stwierdziła, że po takim czasie, w zespole Sudeck’a nie może występować opuchlizna. Byłam zła, zrezygnowana, zrozpaczona. W mojej głowie, pojawiły się setki pytań. Jak to zła diagnoza? Jak to nie Zespół Sudecka? To niemożliwe. Przez rok diagnozowali chorobę, leczyli ją już przez półtora roku i teraz mówi mi, że najprawdopodobniej się pomylili. Wyszłam bez słowa z gabinetu i podjęłam decyzję, że pojadę do lekarza, który specjalizuje się w leczeniu zespołu Sudeck’a. Termin wizyty miałam wyznaczony za kilka dni. 

poniedziałek, 6 marca 2017

„…Cicho milczę udając, że jest wszystko dobrze, patrząc zza tych krat na wolność…”

Zanim lekarze zdecydowali się na przeniesienie mnie na Oddział Terapii dla Uzależnionych, musiałam odbyć „konsultację”. Była to rozmowa, w której uczestniczyłam ja, terapeuta uzależnień, psycholog oraz lekarze psychiatrzy. Była to moja pierwsza, szczera rozmowa na temat mojego uzależnienia. Panie zadały wiele niewygodnych pytań: co zażywałam, ile, skąd miałam takie ilości leków, dlaczego to robiłam. Czułam się jak na egzaminie, a może o wiele gorzej… przecież tu chodziło o moje życie. Odpowiadałam na wszystkie pytania, a stres mnie nie opuszczał. Nie wiedziałam, co mam mówić, żeby wyraziły zgodę na przyjęcie mnie na ten Oddział. Mówiłam po prostu prawdę. Było mi wstyd, tak bardzo wstyd. Pierwszy raz na głos opowiadałam o tym koszmarze, przyznawałam się, przed samą sobą i przed całkiem obcymi mi osobami, do swoich błędów. Do największych błędów w moim życiu. Czułam na sobie wzrok osób, które za chwilę miały podjąć decyzję, co ze mną będzie dalej. Nie wiedziałam, czy Panie mi wierzą, przecież pewnie wiele razy były okłamywane przez osoby uzależnione. Chciałam, żeby mi wierzyły. Przecież sama podjęłam decyzję, że chcę trafić na ten Oddział, to, dlaczego miałabym teraz kłamać. Na szczęście, udało się. Usłyszałam, że za kilka dni zostanę przyjęta.
Nadszedł dzień przeniesienia. Gdy pielęgniarka przyprowadziła mnie na Oddział Terapii dla Uzależnionych, już pierwsza sytuacja mnie zaskoczyła. Myślałam, że skoro na „konsultacji” dostałam zgodę na przeniesienie, to jest już to pewne. Jednak tak nie było. Dowiedziałam się, że za chwilę odbędzie się społeczność przyjęciowa (tzw. „przyjęciówka”) i pacjenci zdecydują, czy zostanę przyjęta. Wszyscy pacjenci i terapeuci zebrali się w sali terapeutycznej i zaczęli zadawać mi pytania. Siedzieliśmy w kręgu, a całkiem obce i uzależnione osoby po raz kolejny zadawały mi pytania. Nie tylko o uzależnienie, ale też o zespół Sudeck’a. Musiałam odpowiadać na pytania osób, których imion nawet nie znałam. A później odbyło się głosowanie. Zostałam przyjęta jednogłośnie.
Przez pierwszy tydzień poznawałam zasady panujące na Oddziale. Zapoznałam się z regulaminem. Wiele jego punktów bardzo mnie zaskoczyło. Na oddziale nie mogliśmy sobie niczego pożyczać; nie mogliśmy mieć przy sobie szklanych i ostrych przedmiotów; nie mogliśmy używać słodzika, cytryny; nie było telewizora; nie mogliśmy mieć przy sobie żadnego sprzętu elektronicznego; telefony komórkowe otrzymywaliśmy tylko na dwie godziny dziennie; poza zajęciami nie mogliśmy rozmawiać o uzależnieniu; nie mogliśmy rozmawiać z osobami spoza oddziału. Zasad było dużo, ale jak komuś zależało, to potrafił się dostosować. Oczywiście byli tacy, którym nie zależało i łamali regulamin.
Za zamkniętymi drzwiami, za okratowanymi oknami, za murami szpitala psychiatrycznego poznałam inny świat. Świat, który jest niedostępny dla przeciętnego człowieka. Świat, w którym cierpienie i ból są na porządku dziennym. Świat, o którym ludzie mają swoje teorie i stereotypy. Ja też je miałam. Bałam się trafić na Oddział Terapii dla Uzależnionych. Nie wiedziałam jak wygląda taka terapia.
Terapia! Już samo słowo mnie przerażało. O samym początku terapii nie mogę powiedzieć niczego miłego.  Dziwnie się czułam na pierwszych zajęciach. Była to społeczność terapeutyczna. Siedzieliśmy całą grupą w kręgu i kto chciał to mówił o swoich problemach. Wtedy wydawało mi się, że ja nigdy nie zabiorę głosu podczas takich zajęć. Jak mam mówić, w grupie liczącej kilkanaście osób, o swoich kłopotach. Jednak po kilkunastu dniach okazało się, że to wcale nie jest takie trudne. Zaczęłam zabierać głos.
Kolejnym rodzajem zajęć, były zajęcia w mniejszych grupach (grupa terapeutyczna). Zajęcia prowadzone były przez Panią psycholog. W trakcie ich trwania również opowiadaliśmy o swoich problemach. Nie tylko tych aktualnych, ale również o swoim dzieciństwie, czy okresie adolescencji. Nikt nikogo nie pouczał, nie dawał dobrych rad. Słuchaliśmy siebie nawzajem i odnosiliśmy dane sytuacje do swoich doświadczeń. 
Następne zajęcia prowadzone były przez specjalistę terapii uzależnień. Poznawaliśmy mechanizmy obronne, etapy wychodzenia z uzależnienia. Uczyliśmy się rozpoznawać „głody” i radzić sobie z nimi.
Uczestniczyłam również w terapii indywidualnej. Sama myśl o tym, że mam opowiadać o sobie obcej osobie była tak stresująca, że trzy tygodnie zbierałam się do pierwszej rozmowy. Myślałam sobie, po co mam się tak męczyć. Na pewno nie dam rady. Z drugiej strony, sama sobie też nie radziłam. Ktoś musiał mi pomóc. Pierwsze rozmowy będę pamiętała do końca życia. To naprawdę nie należało do przyjemności. Mówienie o sobie, o swojej rodzinie, problemach i popełnionych błędach było początkowo upokarzające. Ale z czasem to mówienie zaczęło pomagać. Wiedziałam, że muszę zaufać Pani terapeutce. Przecież Ona wie co robi. Zaufałam, a Ona mnie nie zawiodła. Opłaciło się.
Każdy dzień na Oddziale wyglądał prawie tak samo. Poranna gimnastyka, śniadanie, zajęcia, godzinny spacer z terapeutą, obiad i czas wolny do wieczora. Nie było telewizora, nie mogliśmy mieć komputerów, telefony komórkowe dostawaliśmy na dwie godzinny dziennie. Czasu wolnego było bardzo dużo. Musieliśmy go sobie jakoś zapełnić. Układaliśmy puzzle, graliśmy w Scrabble, czytaliśmy książki. Jednak, gdy terapeuci wychodzili do domu, to było po prostu nudno. Najgorsze były weekendy. Nie było wtedy żadnych zajęć, nie było terapeutów. Wstawaliśmy na gimnastykę po godzinie 7 i mieliśmy przed sobą cały dzień. Od 14-tej mogli nas odwiedzać bliscy. Wcześniej trzeba było uzyskać zgodę od terapeuty. Codziennie patrzyłam przez okno, w którym były zardzewiałe kraty i zastanawiałam się, czy będę potrafiła żyć na „wolności”.
Zbliżał się koniec mojej terapii. Wiedziałam, że ten 5-tygodniowy pobyt na tym Oddziale wiele mi dał, ale czułam, że nie jestem jeszcze gotowa, by samodzielnie funkcjonować poza murami szpitala. Po rozmowie z terapeutą podjęłam decyzję, że zostanę wypisana do domu (w tym szpitalu łącznie mogłam być 10 tygodni i musiałam zostać wypisana), a po 14 dniach wrócę na pełną terapię. Tak też zrobiłam.
Kolejny pobyt na tym Oddziale był już łatwiejszy, znałam zasady i znałam osoby tam przebywające. Będąc na tym Oddziale, czasem ogarniał mnie lęk. Nie wiem skąd się brał. Ja po prostu go czułam. Bałam się możliwości popełnienia jakiegokolwiek błędu. Nagle powrócił do mnie perfekcjonizm. Czułam, że od tej chwili wszystko musi być idealne. Szkoda, że ten perfekcjonizm nie odzywał się do mnie, jak zażyłam kolejne dawki leków. Gdzie wtedy on był? Czułam, że muszę nadrobić ten stracony czas, a jednocześnie nie wiedziałam, jak mam to zrobić. 
Podczas terapii indywidualnej Pani terapeutka była skupiona na moich problemach, ani jednego słowa nie powiedziała o sobie ani o swoich problemach. Dla Niej liczyło się tylko to, co ja mówię. Niczego mi nie sugerowała, nie mówiła mi, co mam robić. Była jedną z niewielu osób, które mi nie powiedziały „weź się w garść i wyjdź już tego szpitala”. Rozumiała mnie. Wiedziała, że potrzebuję Jej pomocy. Na terapii to ja mówiłam dużo, Ona mniej, ale cokolwiek powiedziała, pamiętam do dzisiaj i mam nadzieję, że będę pamiętała do końca życia.
Na terapii najtrudniej było mi zaufać.  Panie terapeutki sprawiły, że się przełamałam. Zaufałam im. Pomogły mi rozłożyć moje życie na kawałki. Uczyły mnie nazywać moje uczucia, zachowania i myśli. Na każdych zajęciach pokazywały, jak panować nad smutkiem, uczyły mnie, na co mogę sobie pozwolić. Zwyczajnie pokazywały mi, jak ponownie zapanować nad swoim życiem. Pomogły mi sobie przebaczyć. Pokazały, że mogę żyć ze swoimi problemami. Niczego nie narzucały, nie oceniały, nie dawały „złotych rad”. Pomagały mi samodzielnie dojść do najlepszych rozwiązań. Po prostu były. Jestem im za to bardzo wdzięczna. Nie wiem, co stałoby się ze mną, gdyby wtedy nie zgodziły się na przyjęcie mnie na ten Oddział.

Gdy po raz drugi opuszczałam szpital byłam czysta "już" i "dopiero" 5 miesięcy. Ale dobrze pamiętałam wtedy i pamiętam teraz, jak to jest prowadzić życie podporządkowane lekom i lękowi. Terapia dała mi szansę na odbudowanie życia, na odzyskanie tego, co straciłam. Panie terapeutki dały mi możliwość naprawienia swoich błędów, ale co najważniejsze pokazały, jak mogę to zrobić. Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy nie wezmę takich tabletek. Teraz już wiem, że gdy choruje się na zespół Sudeck’a, takie obietnice niewiele znaczą.  

środa, 1 marca 2017

„Dopiero kiedy zapragniesz wracać, zaczynasz rozumieć jak daleko odszedłeś”

Na Oddziale Ogólnej Psychiatrii spędziłam 3 tygodnie. Pojawiły się objawy zespołu odstawiennego. Leżałam na łóżku, w szpitalu psychiatrycznym i przypominałam sobie, jak wyglądało moje życie miesiąc temu. Powracały obrazy, jak zażywam tabletki, aż do utraty świadomości, a wszystkie problemu wydają się wtedy odległe. Objawy zespołu odstawiennego z każdą godziną stawały się coraz silniejsze. Pojawiła się gorączka, wymioty, biegunka, a pościel była coraz bardziej przemoknięta potem. Ból ręki się nasilał, bolały też wszystkie inne mięśnie i głowa. Człowiek w takiej chwili, chce tylko leżeć w łóżku, ale po kilku godzinach to też było niemożliwe. Pojawił się zespół niespokojnych nóg i ucisk w klatce piersiowej. Od tej pory musiałam chodzić po korytarzu, ponieważ tylko wtedy czułam ulgę w nogach. Nie mogłam zasnąć, gdy tylko się kładłam moje nogi dalej „chodziły”. Musiałam wstać. Sama już nie wiedziałam, co mnie bardziej boli, ręka czy nogi, po kolejnej dobie chodzenia wkoło. Ten koszmar trwał prawie 10 dni.
Patrzyłam w lustro i widziałam szarą twarz, czerwone oczy i potargane włosy. Nie potrafiłam sobie współczuć. Wiem jak to jest, patrzeć w lustro i nienawidzić siebie tak bardzo, że nawet śmierć wydaje się za małą karą. Miałam wrażenie, że straciłam już wszystko – zaufanie, zdrowie, szansę na normalne życie. Chciałam wyjść ze szpitala, ale wiedziałam, że jak wrócę do domu, to pierwsze, co zrobię to wezmę tabletki. Musiałam tam zostać.
Stan fizyczny się poprawiał, jednak psychicznie nie było lepiej. Moje myśli cały czas krążyły wokół tabletek, nawet jak udało mi się zasnąć, to śniły mi się leki. Ale nie był to zwykły sen. On mi się podobał. Widziałam siebie, jak biorę wszystkie leki i popijam je alkoholem. Po chwili znajduję się na łące pełnej kwiatów, a nade mną świeci słońce. W tym śnie nie czułam bólu, nie miałam problemów, byłam szczęśliwa, tak po prostu szczęśliwa. Wtedy się budziłam. Nie było łąki. Nie było słońca. Były karty i drzwi zamknięte na klucz, a za oknem padał śnieg. Był ból, cierpienie i nienawiść do samej siebie. Pojawiały się myśli, przecież mogę zrobić tak, jak w tym śnie. Mogę wziąć leki i zasnąć. Zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić. Wtedy jeszcze bardziej nienawidziłam siebie. Wiedziałam, że nie poradzę sobie sama. Poprosiłam o przeniesienie na Oddział Terapii dla Uzależnionych.  

sobota, 21 stycznia 2017

„Wielkość człowieka polega na jego postanowieniu, by być silniejszym niż warunki czasu i życia”

Na termin do szpitala (oddział detoksykacyjny) czekałam kilka dnia. Musiałam przygotować się psychicznie na pobyt w tym miejscu. Byłam pewna, że wszystkie objawy abstynencji, które pojawiały się w domu, na detoksie pojawią się ze zdwojoną siłą.
Nadszedł ten dzień. Wchodząc na teren szpitala, nie mogłam sobie wyobrazić, że znajdę się po drugiej stronie krat. Weszłam na izbę przyjęć i czekałam na swoją kolej. Wyczytali moje nazwisko. Pani doktor przeprowadziła badanie wstępne i rozpoczęli procedurę przyjęcia. Policzyli mi wszystkie ubrania (bieliznę, bluzki, spodnie), część z nich odrzucili, a resztę pozwolili wnieść na oddział. Zabrali sztućce, jedzenie, część odzieży, telefon. Pozwolili wziąć tylko plastikowy kubek i łyżeczkę. Dali czarny worek, wrzuciłam do niego swojego rzeczy, które mogłam wziąć ze sobą. Przeprowadzili przez drzwi, które zamknęli na klucz. Zobaczyłam kraty w oknach, tym razem od drugiej strony i wtedy w oczach pojawiły się łzy. Wiedziałam, że nie jest to oddział, na którym się płacze. Tam nikt nikogo nie żałuje. Przecież istnieje powszechne przekonanie, że na oddział detoksykacyjny trafiają tylko „ćpuny”, którzy zażywają narkotyki, żeby dobrze się bawić. Oczywiście, pewnie w większości przypadków tak jest. Ale każdy człowiek ma za sobą przeszłość. Przeszłość, która w dużym stopniu determinuje zachowanie w dorosłym życiu.
Trafiłam na swoją salę. Powlekłam swoją pościel, na takim oddziale, każdy musi zrobić to sam. Przyszła do mnie pani doktor. Bardzo młoda, ale też bardzo miła. Przedstawiła, jak będzie wyglądało moje leczenie przez najbliższe dwa tygodnie. Zadecydowała, że podadzą mi metadon.   
Przez dwa tygodnie pobytu na detoksie czułam się świetnie, ale tylko fizycznie. Metadon, leki uspokajające, nasenne, przeciwpadaczkowe, przeciwbólowe, rozluźniające mięśnie sprawiały, że nie pojawiły się żadne objawy odstawienne. Nie mogę tego samego powiedzieć o mojej psychice. Leżałam w jednej sali z kobietami uzależnionymi od heroiny, dopalaczy, amfetaminy, mefedronu, kokainy, alkoholu i innych substancji psychoaktywnych. Były to bardzo młode dziewczyny, na szczęście udało się nam znaleźć wspólny temat, więc atmosfera w naszej sali była dobra. Jednak ich zniszczone cery; ręce, na których ciężko było znaleźć miejsce bez zrostu nie poprawiały mi humoru.
Warunki nie były dobre. Jedzenie bardzo często było zimne, a prysznice i umywalki brudne. W nocy działy się różne rzeczy. Ktoś krzyczał, więc personel wiązał taką osobę w pasy. Mężczyźni często leżeli na korytarzu. Byli zniszczeni przez używki, często na ich ciałach było widać krwawiące rany. Zapach był bardzo specyficzny – to tak delikatnie mówiąc. Czasem nocą przywozili nowego pacjenta, który miał wszy, więc szybko obcinali mu włosy i stosowali specjalną kurację. Była jedna sala, w której leżały osoby w najcięższym stanie – osoby z wyniszczonymi organizmami, z halucynacjami, w pampersach – sala ta była oszklona i wszystko było widać z korytarza.  
W oddziale tym nie można było odwiedzać pacjentów. Brak telefonu, brak odwiedzin najbliższych, brak możliwości spaceru i kraty w oknach sprawiały, że głównym zajęciem było leżenie w łóżku i rozmyślanie o swojej chorobie i uzależnieniu. Pojawiały się wyrzuty sumienia, żal do lekarzy i nienawiść do samej siebie. Gdy przyjeżdżały osoby najbliższe, jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć na nich przez na wpół oszklone drzwi. A oni mogli stać w korytarzu, po drugiej stronie drzwi i patrzeć na mnie. Można było coś krzyknąć, jednak wtedy wszyscy to słyszeli. Czasem dało przekonać się ratownika medycznego, który stał przy drzwiach, żeby uchylił je na minutę, jednak zdarzało się to rzadko.
Gdy zbliżał się koniec mojego pobytu na detoksie zaproponowano mi przeniesienie na oddział ogólnopsychiatryczny, gdzie przyjmowała pani neurolog, która miała ustawić mi dalsze leczenie. Piętnastego dnia nie podano już mi metadon, a ja zaczynałam powoli źle się czuć. Przeniesiono mnie na oddział ogólnopsychiatryczny.   

piątek, 20 stycznia 2017

„Bo jak za dużo łykasz, jak za dużo się nawciągasz to powoli nieświadomie swoje życie do grobu ściągasz”

Diagnoza uzależnienia
Wg obowiązującej w Polsce Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Zaburzeń (ICD-10) wyróżnia się sześć kryteriów diagnostycznych uzależnienia. Aby rozpoznać uzależnienie u danej osoby (postawić diagnozę) konieczne jest stwierdzenie, że minimum trzy spośród tych kryteriów zostały spełnione w okresie jednego miesiąca w ciągu ostatniego roku od badania.
Sześć kryteriów diagnostycznych uzależnienia to:
1. Trudna do opanowania potrzeba zażywania lub kontaktu z przedmiotem uzależnienia – tzw. głód.
2. Upośledzenie kontroli nad ilością, czasem lub intensywnością zażywania – tzw. utrata kontroli (osoba nie zawsze potrafi zapanować nad ilością, czasem lub okolicznościami zachowań nałogowych).
3. Zmiana tolerancji (zapotrzebowania) na daną substancję lub aktywność.
4. Objawy odstawienia – tzw. zespół abstynencyjny (jest to grupa objawów pojawiająca się u osoby uzależnionej po „odstawieniu” czy gwałtownym zmniejszeniu ilości zażywanej substancji lub po zaprzestaniu czy znacznym ograniczeniu nałogowego zachowania).
5. Kontynuowanie zażywania substancji lub danej czynności mimo świadomości szkód, jakie ona przynosi.
6. Zaniedbywanie innych źródeł gratyfikacji, np. zainteresowań, pracy, kontaktów towarzyskich, zobojętnienie.

Leczenie osób uzależnionych
Leczenie osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych przebiega w trzech etapach:
1. Detoksykacja – odtrucie organizmu, trwa kilka tygodni (zazwyczaj 2 – 4). Celem jest poprawa fizycznego i psychicznego stanu zdrowia – zlikwidowanie objawów zespołu abstynencyjnego, które zwykle są bardzo dokuczliwe i powodują dyskomfort. Jest to leczenie farmakologiczne, które może odbywać się w warunkach szpitalnych, na specjalistycznych oddziałach bądź też w warunkach ambulatoryjnych. Prowadzi to do odizolowania osoby chorej od środowiska oraz od dostępu do narkotyku.
2. Drugi etap leczenia odbywa się w warunkach stacjonarnych. Prowadzone jest w ośrodkach rehabilitacyjnych, placówkach profilaktyczno-leczniczych, na oddziałach szpitalnych i opiera się na programach długoterminowych (około 2 lata) bądź krótkoterminowych (kilka miesięcy). Terapia zmierza do: wskazania źródeł problemu, ustalenia cech osobowości chorego, poznania i zrozumienia mechanizmu uzależnienia oraz określenia motywów zażywania narkotyków. Celem leczenia jest zarówno utrzymanie abstynencji, jak i poprawa stanu psychicznego i fizycznego osoby uzależnionej, usprawnienie jej funkcjonowania. Pomaga w tym psychoterapia – w szczególności grupowa.
3. Readaptacja społeczna – odbywa się w warunkach otwartych. Celem jest powrót jednostki do normalnych warunków społecznych. Ponowne przystosowanie się do życia możliwe jest dzięki poprawie błędów wychowawczych, wykonywaniu pracy fizycznej, kontynuowaniu nauki czy też konstruktywnemu wypełnieniu czasu wolnego (Juczyński, 2002, 2003: 112- 113).

środa, 11 stycznia 2017

„Bywają leki gorsze od choroby”

Definicja uzależnienia
W najszerszym znaczeniu uzależnienie to silna potrzeba zażywania jakiejś substancji psychoaktywnej lub wykonywania jakiejś czynności. Zaprzestanie robienia bądź używania czegoś prowadzi do bardzo wielu objawów psychicznych (np. urojenia, omamy) i fizycznych (np. drżenie rąk, potliwość, bezsenność) (Wiciak, Baranowska, 2009: 65).
Nie będę opisywała wszystkich substancji psychoaktywnych (SPA). Skupię się jedynie na opiatach, ponieważ od tego rodzaju SPA jestem uzależniona.
Opiaty - zalicza się do nich heroinę, morfinę, petydynę, metadon, kodeinę oraz inne substancje (np. fentanyl, oxycodon, buprenorfina). Uznawane są za najbardziej uzależniające substancje psychoaktywne oraz za takie, które powodują największe wyniszczenie organizmu. Efekty zażywania opiatów są zależne od tego, jak często się je przyjmuje. Jeżeli były spożyte po raz pierwszy mogą wystąpić nudności, zawroty głowy czy też wymioty. Jeżeli jednak opiaty przyjmowane są przez dłuższy czas to pierwsze miesiące nazywane są „miesiącem miodowym”, ponieważ odczuwane jest odprężenie i dobry nastrój. Niestety jest to wstęp do uzależnienia, ponieważ rozwija się tolerancja i trzeba przyjmować coraz większe dawki narkotyku. Ludzie przyjmują opiaty również dlatego, że powodują one oszołomienie, euforie, błogostan, zadowolenie, doznanie złudzenia innej, lepszej rzeczywistości. Wzrost tolerancji na opiaty oraz skrócenie czasu ich działania powoduje, że człowiek musi przyjmować je częściej i w większych ilościach. Organizm uzależnia się bardzo szybko, a zespół abstynencyjny objawia się bólami głowy, kości, stawów, mięśni, mdłościami, uczuciem zimna i gorąca, osłabieniem, łzawieniem oczu, ziewaniem, bezsennością czy też drżeniem mięśni (Juczyński, 2002, 2003: 79-80, 83-84).

Przyczyny uzależnień
W bardzo obszernej literaturze przedmiotu znajdujemy trzy główne grupy przyczyn uzależnień:
- biologiczne (genetyczne) – badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych w latach dziewięćdziesiątych XX w. stały się podstawą stwierdzenia, że jest pewna zależność pomiędzy genami a skłonnościami do uzależnień. Naukowcy podkreślają, że nawet genetycznie uwarunkowane osoby nie są zdeterminowane do ulegania uzależnieniom, a jedynie do nich predysponowane.
- psychologiczne – ludzie, którzy nie radzą sobie z codziennymi trudnościami, mają kłopoty z rozwiązywaniem życiowych problemów, a ich osobowość określana jest jako niedojrzała bardzo często szukają „wspomagaczy”, którymi są narkotyki, alkohol. Pomagają one zapomnieć o przykrościach i  złych stanach emocjonalnych. Osoby skłonne do uzależnień bardzo często mają niską samoocenę, problemy z wyrażaniem uczuć, brak lub bardzo niewielką odporność na frustrację, wysoki poziom lęku oraz nadmierną zależność. (Wiciak, Baranowska, 2009: 69).
- społeczne – „z jednej strony przyczyny uzależnień mają związek z postawami społecznymi wobec picia alkoholu, a więc kulturą danego państwa czy regionu, z drugiej zaś z wzorcami, jakie wynosi młody człowiek ze swojego najbliższego środowiska społecznego czy to rodzinnego, czy rówieśniczego” (Wiciak, Baranowska, 2009: 69-70).
- kulturowe - uwarunkowane są one regionem geograficznym miejsca, które zamieszkujemy, ale także obowiązującymi tam zwyczajami i systemem wartości (Juczyński, 2002, 2003: 36).

wtorek, 10 stycznia 2017

„Każda zewnętrzna trudność, odkrywa prawdę o wnętrzu”

Nadszedł Nowy Rok – 2015. Nie wiedziałam, co mnie czeka w najbliższych miesiącach, ale miałam złe przeczucia. Pojechałam po raz kolejny do Krakowa. Miałam konsultację u lekarzy z Poradni Chorób Rzadkich. Byli to kolejni lekarze, którzy potwierdzili postawione wcześniej diagnozy, ale oni również nie potrafili znaleźć leku, który przyniósłby mi ulgę.

W Polsce istnieje jakieś dziwne przekonanie, że „ból uszlachetnia”. To nie prawda, ból ogranicza, niszczy i upodla. Gdy dochodzi do pewnej granicy, chcesz się go pozbyć za wszelką cenę. Dla mnie ta cena była wysoka. Początkowo, chcąc pozbyć się bólu brałam więcej tabletek Oxycontinu, później musiałam brać ich więcej, żeby pozbyć się objawów zespołu odstawiennego. Tolerancja na leki rosła z każdą kolejną tabletką. Z dwóch tabletek na dobę zrobiło się kilka, później kilkanaście. Znalazłam się w błędnym kole - im bardziej bolało, tym więcej łykałam tabletek; im więcej ich łykałam, tym bardziej cierpiałam. Moje myśli skoncentrowane były tylko na lekach. Zastanawiałam się, ile jeszcze mogę zażyć tabletek, a i tak brałam kilkakrotnie więcej. Czas od jednej dawki do kolejnej skracał się z każdym dniem. Nie mogłam wyjść z domu bez leków, bo opanowywał mnie strach, że nie zdążę wrócić przed kolejną dawką. Czasem tak się zdarzało, że nie miałam leków na czas (nie łatwo jest załatwić tak duże ilości tabletek), wtedy moim ciałem rządziły dreszcze, zimne i ciepłe poty, wymioty, zespół niespokojnych nóg. „Na szczęście” te momenty nie trwały długo. Dni mijały, a ilość zażywanych leków rosła. Zawsze znalazłam argumenty, by legitymizować swoje branie. Opiaty działają otępiająco, mi pomagały się odciąć od problemów, od bólu ręki, od myślenia o przyszłości. Gdy doszło do tego, że musiałam zażywać tabletkę co godzinę, trafiłam do psychiatry. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze, a jednocześnie nie mogłam przestać brać. Opowiedziałam o swoim problemie. Lekarz, który usłyszał, jakie zażywam dawki, poinformował mnie, że przekraczają one dawkę śmiertelną i w trybie pilnym wystawił skierowanie na Oddział Detoksykacyjny.  

czwartek, 5 stycznia 2017

"Lekarstwa działają wolniej od choroby"

Diagnostyka dystonii
Dr n. med. S. Ochudło pisze, że „nie dysponujemy specyficznymi testami lub badaniami diagnostycznymi pozwalającymi na łatwe rozpoznanie dystonii. (…) Wskazane jest konsultowanie u doświadczonych neurologów specjalizujących się w leczeniu chorób pozapiramidowych i zaburzeń ruchowych. W każdym przypadku dystonii powinny być wykonane badania neuroobrazowe tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny głowy w celu rozpoznania/wykluczenia dystonii wtórnej.”

Leczenie dystonii
Dostępne są różne metody leczenia dystonii. Zasadnicze sposoby leczenia to: farmakoterapia (leki rozluźniające mięśnie i przeciwbólowe), toksyna botulinowa, fizykoterapia, leczenie chirurgiczne, psychoterapia (może pomóc w radzeniu sobie z chorobą). Na obecnym etapie trwałe wyleczenie jest niemożliwe.

Informacje zostały zaczerpnięte z artykułu znajdującego się pod tym adresem: http://www.dystoniapolska.pl/c,27,co-to-jest.html

wtorek, 3 stycznia 2017

„Choroba jest klasztorem, który ma swoją regułę, swoją ascezę, swoją ciszę i swoje natchnienie”

Definicja dystonii
Jak pisze dr n. med. Stanisław Ochudło „dystonia jest chorobą nerwowo-mięśniową, podczas której dochodzi do okresowych albo ciągłych mimowolnych skurczy pojedynczych mięśni, powodujących niekontrolowane ruchy albo nieprawidłowe ustawienie zajętych części ciała. Dystonia należy do tzw. schorzeń pozapiramidowych inaczej zwanych zaburzeniami ruchowymi. Dystonia nie zaburza innych prawidłowych funkcji mózgu. Na przykład, osoby z dystonią mają prawidłowo rozwinięty intelekt, osobowość, pamięć, emocje, wzrok, słuch i funkcje seksualne.” 

Przyczyny dystonii
Przyczyny dystonii nie zostały dotychczas w pełni wyjaśnione. U większości pacjentów nie udaje się stwierdzić żadnej konkretnej przyczyny. Podejrzewa się istnienie zaburzenia w obrębie jąder podstawy ośrodka ruchowego. Cytując dr. n. med. Stanisława Ochudło „Jądra podkorowe regulują współpracę i prawidłowe skurcze różnych części mięśni w czasie wykonywania ruchu. W przypadku uszkodzenia tej części mózgu (…), kiedy chcemy wykonać konkretny ruch dochodzi do niekontrolowanych skurczów nieprawidłowych mięśni lub pojawiają się kurcze mięśni w sytuacji, kiedy nie chcemy ich wywołać, co w konsekwencji prowadzi do niekontrolowanych, mimowolnych ruchów skręcających, drżenia i gwałtownych skurczów – tzw. ruchy dystoniczne – czyli związane z nieprawidłowym napięciem mięśni.”
Przypuszcza się również, że w niektórych przypadkach choroba może mieć podłoże genetyczne. Dystonia, której początek występuje w dzieciństwie zazwyczaj ma takie podłoże. Jednak nie wszyscy, którzy dziedziczą nieprawidłowy gen muszą zachorować. Również dystonia rozwijająca się w wieku dorosłym może mieć podłoże dziedziczne, co jest trudne do rozpoznania.
Niektóre leki również mogą wywołać dystonię. Wiadomo też, że nie jest ona chorobą psychogenną, jest skutkiem zaburzeń czysto somatycznych.

Objawy dystonii
Charakterystyczną cechą dystonii są skurcze mięśni, na które pacjent nie ma wpływu. Powodują one niekontrolowane ruchy albo niezwykłe ustawienia zajętych części ciała. Nieprawidłowym pozycjom może towarzyszyć rytmiczne i niekiedy gwałtowne szarpanie, drżenie, a często także silne doznania bólu.

Informacje zostały zaczerpnięte z artykułu znajdującego się pod tym adresem: http://www.dystoniapolska.pl/c,27,co-to-jest.html

czwartek, 29 grudnia 2016

„Nie zawsze smutek poznasz na twarzy gdy z oczu łzy się poleją, bo czasem w sercu łamie się życie a jednak usta się śmieją”

Opuchlizna się utrzymywała, stan ręki się pogarszał. Zaczęły pojawiać się skurcze dłoni. Tajemnicza choroba wykręcała moją rękę w różne strony. Piszę, tajemnicza choroba, bo przecież to nie jest objaw zespołu Sudeck’a. Mięśnie drżały, a ja nie miałam nad nimi kontroli. W październiku znowu trafiłam do szpitala. Tym razem w Warszawie. Spędziłam ponad dwa tygodnie na Oddziale Chorób Tkanki Łącznej. Lekarze potwierdzili, że jest to zespół Sudeck’a.
Po wyjściu ze szpitala, wykonałam dodatkowe badania i pojechałam do Krakowa, do Poradni Leczenia Bólu. Lekarz przeanalizował wyniki i potwierdził, że oprócz zespołu Sudeck’a, choruję też na dystonię. Usłyszałam kolejną diagnozę. Znowu zaczęły się poszukiwania informacji o chorobie. Po raz kolejny przeczytałam w artykułach „przyczyny dystonii nie zostały dotychczas w pełni wyjaśnione. U większości pacjentów nie udaje się stwierdzić żadnej konkretnej przyczyny.” Jak to? Kolejna choroba, na którą nie ma lekarstwa, a leczenie objawowe jest trudne i wiąże się z nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi. Po tej diagnozie, moje leczenie prawie się nie zmieniło. Przyjmowałam te same leki. Zwiększyli jedynie dawki leków rozluźniających mięśnie.  
Czułam, że po raz kolejny mój świat się zawalił. Ile razy można się podnosić? Ile człowiek potrafi znieść? Szykowała się kolejna walka. Wiedziałam, że to nie będzie wyrównana bitwa. Już na starcie byłam na przegranej pozycji. Nie miałam już siły pokazywać, kto jest silniejszy. Byłam niewyspana, zmęczona i uzależniona. To właśnie na uzależnieniu skupiała się cała moja uwaga. Musiałam przecież jakoś zdobywać te duże ilości Oxycontinu, bez którego już nie potrafiłam żyć.

środa, 28 grudnia 2016

„Lekarze zapisują lekarstwa o których niewiele wiedzą, na choroby o których wiedzą jeszcze mniej, ludziom o których nie wiedzą nic”

Jeśli czytacie tego bloga i myślicie, że już wiecie, co to jest zespół Sudeck’a i jakie mogą być jego konsekwencje, to zaskoczę Was. Wiecie jeszcze niewiele.
Ból, który towarzyszył mi w dzień i w nocy, nie pozwalał zapomnieć o chorobie choćby na moment. Po raz kolejny wzięłam dodatkową tabletkę Oxycontinu. Chciałam tylko, żeby przestało boleć, żeby przestało tak bardzo palić, żeby przestało rozrywać moją rękę. Ale nie przestało. Bolało, rwało i paliło w dalszym ciągu. Wzięłam kolejną tabletkę i kolejną, kolejną… Później już każdego dnia brałam więcej tabletek przeciwbólowych, niż zaleciła mi Pani doktor z Poradni Leczenia Bólu. Oczywiście na każdej wizycie u lekarza informowałam, że przyjmuję więcej leków. Jednak Pani doktor nie reagowała, po prostu przepisywała większe dawki. A ja je zażywałam.
Kiedy pewnego upalnego, sierpniowego popołudnia, gdy siedziałam nad wodą a na dworze było ok. 38 stopni mi zrobiło się zimno, tak, że musiałam siedzieć przykryta ręcznikiem. Dreszcze nie ustępowały. Wtedy myślałam, że po prostu się przeziębiłam i dostałam gorączki. Myliłam się. Gdy tylko wróciłam do domu, pierwsze co zrobiłam, wzięłam Oxycontin. Po ok. 40 minutach objawy minęły. Moje obawy się potwierdziły. Po prostu uzależniałam się od tego leku.
Gdy Pani doktor w Poradni Leczenia Bólu usłyszała o uzależnieniu przepisała po prostu większą dawkę leków. Nie zamierzała nic z tym zrobić. Inny lekarz zaproponował mi, żeby pojechała do Krakowa, do anestezjologa, który specjalizuje się w leczeniu bólu. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. Pojechałam na prywatną wizytę. Lekarz zaproponował wykonanie blokady współczulnej splotu ramiennego z dostępu pachowego, zmianę Oxycontinu na Transtec i wyznaczył termin w Poradni Leczenia Bólu, by wizyty odbywały się na NFZ. Powiedział też, że podejrzewa u mnie dystonię, zlecił wykonanie dodatkowych badań.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

"Kto nie przeszedł przez szkołę bólu, jest jak analfabeta przed księgą życia"

Pewnego dnia, moje trzy ostatnie palce lewej dłoni podwinęły się. Ręka zacisnęła się w pięść. Zaczęłam tracić czucie w palcach, cała dłoń była sztywna, jakby nie moja, może martwa, a jednocześnie tak bardzo bolała. Trafiłam do Poradni Leczenia Bólu, przepisano mi Oxycontin. Nikt wtedy nie poinformował mnie, jakie mogą być konsekwencje zażywania tego leku. Ale o tym będzie później.
Całe dnie mijały na rehabilitacji, płaczu i błaganiu o pomoc. Pani doktor, która mnie prowadziła, wystawiła mi skierowanie do lekarza do Szczecina. Przejechałam 500km. Tam po raz pierwszy usłyszałam, że nie potrafią mi pomóc. Już nie. Jest za późno. Znowu był płacz, ból, bezradność i myśl, że już żaden lekarz nie może powiedzieć mi nic gorszego.
Zaczęły się poszukiwania kolejnych specjalistów. Wizyty u dermatologów, anestezjologów, chirurgów, ortopedów, neurologów, psychiatrów. Każdy z nich potwierdzał zespół Sudeck’a. Nie mieli wątpliwości, ale nie mieli też pomysłu, jak mnie leczyć. Przepisywali jakieś leki, które nic nie pomagały. Byłam nawet u bioenergoterapeuty. Też nie pomógł. Przykurcze były coraz silniejsze, a ręka wciąż bolała. Wtedy po raz pierwszy wzięłam o jedną tabletkę Oxycontinu więcej. Jeszcze nie wiedziałam, do czego to mnie doprowadzi.

niedziela, 11 grudnia 2016

„Razem ze łzami wypływa cierpienie, by zrobić miejsce na nową, kolejną falę bólu. Inaczej ból przestałby się w nim mieścić”

W szpitalu na Oddziale Reumatologii spędziłam dwa tygodnie. Udało postawić się diagnozę, rozpoczęto leczenie. Początkowo myślałam, że leczenie potrawa krótko. Nie chciałam wierzyć w to, co przeczytałam w Internecie. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje oczekiwania. 
Po roku zaniedbań, lekceważenia objawów, braku diagnozy i leczenia, lekarze nagle chcieli usprawnić moją rękę. Włączyli rehabilitację. Próbowali ćwiczyć dłoń, na siłę poruszać palcami, ale moje stawy były już nieruchome i sztywne. Każde ćwiczenie powodowało ogromny ból, ręka robiła się sina a opuchlizna coraz większa. Kolejne zabiegi zamiast ukojenia i poprawy przynosiły ból i łzy. Pani doktor zleciła zaprzestanie ćwiczeń, została włączona fizykoterapia: Tens, laseroterapia, pole magnetyczne itp. Miałam też krioterapię – jedyny zabieg, który przynosił mi chwilową ulgę, ale nie trwało to długo. Pewnego dnia, przyszłam na rehabilitację i okazało się, że krioterapia nasila ból. Ostatni zabieg, który przynosił jakiekolwiek efekty musiał zostać odstawiony. Ciągła bezradność wobec bólu i niepełnosprawności powodowały chwile zwątpienia. Jednak wtedy jeszcze miałam coś najważniejszego – nadzieję – nadzieję na powrót do zdrowia. Dzięki temu miałam siłę walczyć.  
Leki przepisane w szpitalu nie dawały ulgi. Nie pomagała kuracja Kalcytoniną, nie pomagały sterydy. Leki przeciwpadaczkowe i przeciwbólowe też nie pomagały. W dzień i w nocy zmagałam się z ogromnym bólem. Towarzyszył mi on 24 godziny na dobę. Miałam wrażenie jakby moje ciało zaraz miało odejść od kości. Ból nie ustępował. Wręcz przeciwnie, wieczorami się nasilał. Nie mogłam leżeć ani siedzieć. Chodziłam po pokoju, od jednej ściany do drugiej. Nie wiedziałam, co mam zrobić, jak trzymać rękę, by tak bardzo nie bolało. Leki nie pomagały, rehabilitacja nie pomagała. Cieszyłam się, gdy zostawałam sama w domu. Wtedy mogłam płakać i krzyczeć. Gdy nie mogłam już wytrzymać, a w mojej głowie pojawiał się natłok myśli, musiałam wyjść z domu. Ból wtedy wygrywał. Zbyt często wygrywał. Chciałam uciec sama przed sobą. Przed swoimi myślami, przed częścią swojego własnego ciała. Niezależnie od pogody, chodziłam ulicami miasta, starając się zająć swoje myśli czymś innym. Ale to się nie udawało, ból był tak głęboko, że nie dało się go pozbyć. Wracałam do domu, zmęczona, czasem przemoknięta i wtedy udało się zasnąć. Jednak to nie trwało długo. Sen trwał kilkanaście minut, może godzinę. I znowu wszystko wracało: rwało, paliło, piekło, jakby wypalało moje kości i skórę. Myślę, że osoby, które kiedykolwiek chorowały na zespół Sudeck’a zgodzą się ze mną, że to, przez co przechodzimy, można nazwać torturami.
Próbowałam oglądać film, czytać książkę, ale to też się nie udawało. Nie mogłam poruszyć ani ręką, ani palcami. Nie mogłam jej nawet dotknąć. Nagle, założenie na siebie bluzki z długim rękawem stało się niemożliwe. Nie mogłam jej też umyć. Nawet kropla wody lecąca z kranu, czy też kropla deszczu powodowały potworny ból. Miałam wrażenie jakby coś miażdżyło mi rękę. Nienawidziałam jej wtedy i nienawidzę jej teraz.
Mimo tego, że miałam wsparcie ze strony rodziny i przyjaciół, to byłam sama. Człowiek w bólu zawsze jest sam. Wokół mnie było wielu przyjaznych ludzi, ale ze swoim cierpieniem musiałam radzić sobie sama. Nie potrafili mi pomóc. Nie potrafili sprawić, by ból minął. Pocieszali mnie, mówili, że mogę na nich liczyć, ale później każdy z nich musiał wrócić do swoich obowiązków, a ja zostawałam. Zostawał i ból. Zostawało też cierpienie, które ciężko jest opisać słowami. Myślałam, że nie wytrzymam, że już gorzej być nie może. Znowu się myliłam. 

"Medycyna nie zna tajemnicy wyleczenia, ale zapewnia sobie umiejętność przedłużania choroby"

Leczenie w zespole Sudeck'a obejmuje:
 leki przeciwbólowe i przeciwzapalne;
suplementację witaminy C;
preparaty poprawiające ukrwienie  i uwapnienie kości;
blokady obwodowe;
miejscowe iniekcje lignokainy;
leki rozluźniające mięśnie;
fizykoterapię: jonoforeza lignokainowo-wapniowa, krioterapia, laseroterapia, diadynamik, magnetoterapia;
ćwiczenia chorej części ciała (w okresie ostrym nie wolno wykonywać zabiegów fizykoterapeutycznych, dopiero po ustąpieniu ostrych objawów możemy zacząć lekkie ćwiczenia czynne i delikatne masaże);
sympatektomię - podczas zabiegu niszczy się nerwy we współczulnym układzie nerwowym, aby zwiększyć przepływ krwi i zmniejszyć dolegliwości bólowe. Wykonuje się go w wyjątkowych sytuacjach.

Zespół Sudeck'a ze względu na swoje niejasne pochodzenie stanowi bardzo duże wyzwanie dla lekarzy. Leczenie ma charakter objawowy, co nie zawsze przynosi zamierzone efekty. Jest trudne, długotrwałe i mogą pojawić się skutki uboczne, w postaci trwałego upośledzenia funkcji chorej kończyny. Czasem, fortunnie, zatrzymuje się na etapie pierwszym. Jednak ja miałam pecha. Lekarze zlekceważyli wszystkie objawy, a zbyt późno rozpoczęte leczenie i bolesna rehabilitacja nie przyniosły żadnych korzyści. Choroba doszła do etapu trzeciego.
Gdy pierwszy raz przeczytałam, czym jest zespół Sudeck'a, jakie są jego objawy i jak się leczy to schorzenie, to pomyślałam, że wiem już wszystko na ten temat. Myliłam się. Kolejne miesiące pokazały, jak bardzo teoria różni się od praktyki. Okazało się, że wtedy jeszcze nic nie wiedziałam. Najgorsze dopiero miało nadejść.

sobota, 10 grudnia 2016

Imagine being told this pain will never go away…

Objawy  zespołu Sudeck'a mogą rozwijać się nagle lub powoli, a początkowo są odczuwane jako dyskomfort, narastająca sztywność, pieczenie i osłabienie określonej części ciała. Mogą się nasilać po 3-6 miesiącach i są coraz bardziej uciążliwe. Do charakterystycznych objawów zespołu Sudeck'a należą:
samoistny ból (palący, rozrywający, niezwykle silny);
bolesność uciskowa (przeczulica dotykowa, nadwrażliwość na dotyk, ciepło i zimno - najdelikatniejszy dotyk powoduje bardzo silny ból);
nadmierna miejscowa potliwość (kończyna ciągle wilgotna);
skóra cienka, sucha, pergaminowa, błyszcząca;
kruche paznokcie;
zahamowany bądź wzmożony porost włosów na chorej kończynie;
objawy zaburzeń w miejscowym krążeniu krwi (kończyna lodowata lub gorąca);
niebiesko-różowe lub ciemno-czerwone zabarwienie skóry;
obrzęk i stan zapalny zajętego miejsca (często utrzymujący się tygodniami czy miesiącami);
drętwienie, brak czucia, przykurcze, zesztywnienia, zaniki mięśniowe, ograniczenie ruchomości;
miejscowa, błyskawiczna osteoporoza (plamiste, nieregularne odwapnienie i zanik kości).


W przebiegu choroby wyróżniamy 3 okresy rozwoju zmian chorobowych:

Okres ostry
Pierwsze objawy pojawiają się już w 2 lub 4  tygodniu od zadziałania czynnika wywołującego. Najważniejszym i  jednym z pierwszych objawów jest piekący ból (bardzo silny, samoistne dolegliwości bólowe). Pojawia się także przeczulica, która objawia się prowokowaniem oraz gwałtownym narastaniem silnego bólu, w konsekwencji dotyku. Widoczne są także zmiany świadczące o niewydolności układu autonomicznego:
skóra staje się ciemnoczerwona, fioletowa, czasem błyszcząca;
pojawiają się bolesne obrzęki;
podwyższona ciepłota w chorej kończynie;
potliwość;
pobudzony wzrost włosów i paznokci.
Utrzymujące się dolegliwości prowadzą do stopniowego ograniczania ruchomości stawowej, a także zaników mięśniowych. Po kilku tygodniach w obrazie radiologicznym stwierdza się już plamisty zanik kości. W tym momencie jest możliwe całkowite wyzdrowienie.

Okres dystrofii
Skóra jest sina, zimna, cienka i wilgotna (pogorszenie krążenia) z upośledzonym owłosieniem (często zauważalne jest wypadanie włosów w obrębie chorej części ciała), a paznokcie są kruche i łamliwe, obrzęki stają się twarde. Następuje dalszy zanik mięśni. Ruchy w stawach stają się bardzo ograniczone i bolesne. Torebka stawowa ulega obkurczeniu i powstają przykurcze dotkniętych chorobą stawów. Próba ruchu i obciążenia kończyny jest bolesna. Na rentgenie widoczne jest znaczne odwapnienie kości (kość wygląda na zdjęciu jak obrysowana ołówkiem, a jej wnętrze wymazane).

Okres atrofii
Ostatni okres trwa od 6 do 12 miesięcy od momentu wystąpienia pierwszych dolegliwości bólowych. Zachodzące zmiany ulegają utrwaleniu, skóra staje się gładka, cienka, błyszcząca i zasiniona lub blada, a zmiany w układzie ruchy są już bardzo znaczące. Paznokcie i włosy są normalne. Dochodzi do trwałych przykurczy stawowych, zaników mięśniowych oraz zaniku struktury kostnej (rentgen wykazuje identyczne ze starczymi zmianami w strukturze kostnej - zgąbczenie kości, zanik struktury beleczkowej). Powrót do zdrowia jest w trzecim okresie niemożliwy

piątek, 9 grudnia 2016

Imagine wishing that you had never woken up because you’re in so much pain…

Po opisaniu przez chirurga w 1900 roku zespołu Sudeck'a, ani lekarzom, ani naukowcom do tej pory nie udało się stworzyć jednej teorii, która wyjaśniałaby patogenezę schorzenia. Nie ustalono jednego sposobu leczenie tej choroby. W artykułach często można znaleźć twierdzenia: „czasem nie da się ustalić…”; „nie wiadomo dlaczego…”; „nie ma jednoznacznego stanowiska…”.
Zespół Sudeck'a to rzadkie zaburzenie dotyczące współczulnego układu nerwowego charakteryzujące się silnym bólem przewlekłym. Jego objawy są charakterystyczne, jednak lekarze nie zawsze potrafią go rozpoznać (np. przez lekceważenie objawów), a jak zostanie postawiona diagnoza – nie potrafią leczyć.

Zespół Sudeck'a to choroba, która ma wiele określeń:
Kompleksowy Zespół Bólu Regionalnego (CRPS – Complex Regional Pain Syndrom);
Zespół algodystroficzny (algodystrophy);
Algoneurodystrofia (algoneurodystrophy);
Zespół odruchowej dystrofii współczulnej (RSDS - Reflex Sympathetic Dystrophy Syndrome);
Zespół ramię-ręka;
Zespół kauzalgii (Causalgia Syndrome);
Pourazowe rozrzedzenie lub zanik plamisty kości.

Na stronie prowadzonej przez Macieja Ordyńca można znaleźć, że Zespół Sudeck'a to bolesne obrzmienie tkanek przystawowych, ograniczające ruch w stawie z towarzyszącymi zmianami dystroficznymi w obrębie części miękkich i kostnych przystawowych. Rentgen wykazuje wtedy plamisty zanik kości.” 

Przyczyn zespołu Sudeck'a może być wiele. Może on być komplikacją po urazie - złamaniu, skręceniu - odmrożeniu a nawet ukłuciu igłą. Zespół Sudeck'a może pojawić się w przebiegu choroby niedokrwiennej serca, po zawale serca, udarze mózgu czy w zespole cieśni nadgarstka. Istnieją przypadki, gdy ujawnił się on tak po prostu, bez żadnej określonej przyczyny.

czwartek, 8 grudnia 2016

„Rozpamiętywanie wydarzeń to proces o wiele dłuższy, niż samo ich trwanie”

Po powrocie do swojej sali z niepokojem zaczęłam przeszukiwać internet. Znalazłam subforum o zespole Sudeck'a i zaczęłam czytać. Przeczytanie wszystkich wypowiedzi ludzi chorych na CRPS zajęło mi kilka nocy. Były ich setki a może i tysiące. Czytałam, a łzy same cisnęły się do oczu. Nie mogłam uwierzyć, że teraz to będzie moje życie, że tak będzie wyglądał mój świat. Miałam wrażenie, że ktoś, bez mojej zgody zniszczył moją poukładaną rzeczywistość i przeniósł mnie do innego świata. Świata, w którym najgorszy koszmar stał się rzeczywistością. 
Od tamtego dnia, codziennie jestem na tym forum. Śledzę historie ludzi, których tam poznałam. Chorzy wymieniają się tam informacjami. Opisują swoje leczenie i rehabilitację. Jednak nie są to zwykłe posty. Wypowiedzi te, pełne są drastycznych opisów, żalu, skarg, cierpienia, upokorzenia, nadziei i wołania o pomoc. Ludzie mają nadzieję, że może znajdą tam kogoś, kto będzie wiedział coś więcej, niż niedouczeni lekarze. 

środa, 7 grudnia 2016

„Wierzyć – to znaczy nawet nie pytać, jak długo jeszcze mamy iść po ciemku”

Wszystko zaczęło się od niegroźnego skręcenia kciuka. Kiedy 6 maja 2013r. jechałam na pogotowie ratunkowe, nic nie wskazywało na to, że będzie to „początek końca” mojego dotychczasowego życia. Nawet w najgorszym koszmarze nie mogłam przewidzieć, przez co będę przechodziła za kilka miesięcy. 
Po niefortunnym oparciu lewej ręki na łóżku trafiłam na pogotowie ratunkowe. Po wykonaniu zdjęcia rtg lekarz stwierdził skręcenie kciuka i założył szynę gipsową. Wtedy myślałam, że to „tylko” skręcenie. Po trzech dniach ręka zaczęła puchnąć, zgłosiłam się do poradni ortopedycznej, gdzie lekarz zalecił zdjęcie szyny gipsowej. To, co ujrzałam, przeszło moje oczekiwania. Nigdy nie widziałam takiej opuchlizny. Dla lekarza nie było to dziwne. Zalecił noszenie ortezy ortopedycznej i odesłał do domu. Z każdą godziną ból się nasilał. Po kilku dniach wróciłam do ortopedy, zlecił rehabilitację i powiedział, że jakiś czas ręka może boleć. Rehabilitacja była bardzo bolesna i nie przyczyniła się do poprawy stanu ręki. Ręka puchła, siniała, zmieniała kolory, a lekarze przez kolejne kilka miesięcy nie potrafili mi pomóc. W lutym 2014r. ból było niewyobrażalny. Leki przeciwbólowe nie pomagały. Po raz kolejny trafiłam na pogotowie ratunkowe. Tym razem lekarz stwierdził, że nic poważnego się nie dzieje. Nie przekonywały go argumenty, że ból jest niewyobrażalny i trwa już 10 miesięcy. Pan doktor stwierdził, cytuję: „pewnie była Pani pijana na imprezie i po prostu Pani nie pamięta, jak się Pani uderzyła”. W marcu wróciłam do mojego pierwszego ortopedy, jednak wtedy nie mogłam już poruszać palcami lewej dłoni. Dostałam skierowanie do szpitala – Oddział Reumatologii. Tam, po raz pierwszy usłyszałam diagnozę – zespół algodystroficzny. Wtedy nic mi to jeszcze nie mówiło. 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

„Jak większe jest szczęście być zdrowym niż bogatym, tak mniejszym jest nieszczęściem ubóstwo niż choroba”

Zamykam oczy i widzę uśmiechniętą młodą kobietę z czterema dyplomami ukończenia szkoły wyższej; kobietę, która marzy o pracy zawodowej; kobietę, która uwielbia spotykać się z przyjaciółmi i kocha sport. Teraz otwieram oczy i tej kobiety już nie ma. Jej świat runął, a ona nigdy nie będzie już taka sama.
Opowiem Wam moją historię. Historię pełną bólu, rozczarowań, nadziei, walki i porażki. Pokażę, jak choroba zmieniła na zawsze mnie i moje życie, jak niegroźny uraz kciuka zniszczył mój świat.